Strajk Kobiet szansą dla Kościoła?

6 min.

Nie sposób zaprzeczyć, że październikowe tumulty spowodowane ogłoszeniem wyroku TK w sprawie aborcji eugenicznej wielu boleśnie uświadomiły kryzys polskiego Kościoła. Już nie tylko wzburzenie w internecie, ale realne ataki na świątynie, liturgie i wiernych (!) pokazują, że Kościół utracił pozycję na której wkroczył w III RP. Jednak wbrew rodzącemu się w tej sytuacji czarnowidztwu, uważam że widać szansę jaka stoi przed polskim kościołem. Oddolna odpowiedź wiernych, którzy zorganizowali samoobronę podczas milczenia biskupów i ku niezadowoleniu wielu internetowych kaznodziejów, ukazuje brak zaufania dla instytucji, nie bez powodu kojarzonej z bezpośrednią polityką, a nie jej moralną oceną.

Newsletter

Bądź na bieżąco - zapisz się do naszego newslettera

Trudno pozbyć się wrażenia, że latające kostki brukowe to owoc, między innymi, wieloletnich zaniedbań ze strony instytucji właśnie.

Przez lata podejmowane z uporem i zapałem godnymi lepszej sprawy, próby ,,uatrakcyjniania” Kościoła, dały przede wszystkim roztańczone grupki bębniarzy z miejskich parków, którym w postrzeganiu świata bliżej do newage’owych hipisowskich grup, niż do percepcji katolickiej, a wiele z tych osób z piorunem na ubraniach pojawiło się pod świątyniami. Niech to będzie najlepszym świadectwem dla drogi „przyciągania”.

 Jeśli dodamy do tego katechezę ujętą w sztywne ramy administracyjne systemu edukacji, to zobaczymy, jak nieskuteczne, a wręcz szkodliwe są to metody. Zmiana pozwalająca Kościołowi na formowanie swoich wiernych tak, by świadomie kształtowali swoje otoczenie, nie może się dokonać rękami kleru z nieznacznym tylko udziałem świeckich. Nie jest to zgubny progresywizm i wiara w fetysz postępu, ale konstatacja rzeczywistości, w której żyjemy. Kościół nie ma już autorytetu sprzed lat (głównie na własne życzenie), który to opierał się właśnie na episkopacie, skromnym w wypowiedziach na żywo, a jakże wylewnym w listach. Przez lata powtarzano, że „90% Polaków to katolicy”, trudno było więc nie przywyknąć do modelu, w którym to „ktoś” zajmuje się tematami takimi jak edukacja czy dzieła miłosierdzia. Religia w szkołach, księża kropiący obficie wodą święconą nowo otwierane szkoły, ronda, pomniki Jana Pawła II czy kebab bary, zachłyśnięcie się wolnością III RP (budowanej wszak na liberalnym fundamencie, równie wrogim myśleniu wspólnotowemu i etyce chrześcijańskiej co marksizm!) sprawiły, że Kościół sprowadzony został do specyficznego urzędu państwowego. Urząd ów w powszechnej świadomości odpowiadał za uświadamianie młodzieży zagrożeń, takich jak Owsiak czy Harry Potter oraz protekcjonalnie ciągał za uszy polityków.

CZYTAJ TAKŻE: Kościele, dlaczego mówisz do mnie po chińsku?

Jednak wszystko płynie – entuzjazm III RP opadł odwrotnie proporcjonalnie do wskaźników plag społecznych ją trapiących, a dzieci, które poszły na religię do szkolnych sal zaczęły dorastać. Nagle okazało się, że program nauczania katechezy nie zdaje egzaminu, gdy te najważniejsze w życiu (a przede wszystkim po nim) kwestie próbuje się przekazać między matematyką, a sprawdzianem z dwutaktu, a „tańczenie dla Pana” nawet w największej radości nie zastąpi podstawowej znajomości katechizmu. Nie dziwi, że ochrzczone i najczęściej uczęszczające na lekcje religii dzieci ochoczo rzuciły się do ataków na świątynie, skoro ich cała edukacja religijna zamyka się w przeżywaniu emocji, a nie formowaniu sumienia. Nie dziwi też, że postrzegają Kościół jako totalitarnie zarządzaną korporację z rozbudowanym działem charytatywnym. Taki obraz sprzyjał przyjmowaniu również wśród wiernych postawy, w której religia jest „prywatną sprawą” każdego człowieka, nic to że katolicyzm jest integralny i przenikać powinien każdą sferę życia. Najwyraźniej „czucie i wiara”, czyli hipisowska wersja sentymentalizmu, w miejsce formacji intelektualnej i duchowej, wydawać zaczęły pierwsze owoce.

Wspomóż nas

Jesteśmy zespołem publicystów, którym na sercu leży dobro i rozwój Polski. Wierzmy, że idee mają znaczenie. Pomóż nam budować Nowy Ład.

Dotychczasowe próby realizacji katolickiej nauki społecznej w naszej przestrzeni publicznej zarezerwowane były dla partii, które katolickość utożsamiały z klerykalizmem, a do wyborczego boju ruszały z błogosławieństwem poszczególnych hierarchów, co bardziej znanych duchownych oraz z własnym przekonaniem o swojej dziejowej misji. Wspomniany wcześniej argument „z ilości”, niejako wyrywał Kościół ze sfery metapolityki, w której to powinien stać na straży wartości, do polityki bezpośredniej, gdzie poszczególni duchowni oceniali skuteczność danych metod ich realizacji. W końcu skoro jest nas 90%,  to może się okazać, że przychylność Kościoła zadecyduje o wyborczym wyniku. Fakt, że zamiast moralnej oceny programów wyborczych oraz dotychczasowej działalności, pojawiały się po prostu rekomendacje wyborcze (często w formie fantasmagorii poszczególnych kapłanów) sprawił, że wielu wiernych zaczęło postrzegać takie sprawy jak choćby ochrona życia, jako zarezerwowane dla niejasnych układów biskupów z politykami. Przede wszystkim zaś, jako jeden z punktów politycznej narracji, a nie kwestię fundamentalną. Jednak stopniowy odpływ wiernych, spadek zaufania do Kościoła, archaiczność klerykalnego dyskursu oraz dynamiczne zmiany społeczne zaczęły powodować erozję klerykalno-partyjnego systemu.

Wymusza ona na nas pytanie o to, jakie jest miejsce wiary i religii w naszym życiu. Widok biskupów tulących się z politykami to pomału pocztówka z przeszłości, jednak perspektywa wściekłego i wojującego antykatolicyzmu i brutalnej wojny kulturowej nie pozwala zamknąć się w swojej bańce i uznać swoją wiarę za sprawę całkowicie prywatną.                 

Aktywność na niwie kościelnej i obywatelskiej to nie tylko plakaty wyborcze co kilka lat czy statystowanie w wiecowym tłumie, tak jak solidaryzm to nie tylko wrzucenie do skarbonki przed kościołem. To konieczność świadomego uczestnictwa w kościelnej codzienności, od organizacji lekcji religii dla swoich dzieci począwszy, po organizację pomocy dla niepełnosprawnych czy osób w trudnej sytuacji. Działania pro-life to nie tylko działania anty-aborterskie, ale przede wszystkim tworzenie realnej alternatywy dla morderczego biznesu. Działanie na niwie swojej rodziny, parafii oraz dzieł miłosierdzia rodzi potrzebę zapewnienia sobie i członkom swojej wspólnoty swobody w kształtowaniu rzeczywistości. Oznacza to potrzebę dopasowania politycznej przestrzeni do kształtu społeczeństwa. Nawet jeśli katolicy mieliby stanowić realnie mniejszość, to mniejszość dobrze zorganizowaną i potrafiącą walczyć o poszanowanie swojej obecności w życiu publicznym. Pomimo bycia mniejszością, to będącą zakorzenioną głęboko w tożsamości narodu tworzącego państwo. Świadomość tego, jak ważne są bezpieczne ramy prawne dla społecznej i edukacyjnej działalności Kościoła, rodzi potrzebę wpływania na najbliższą rzeczywistość (państwo), poprzez prawa tę rzeczywistość kształtujące. Zmienia się więc forma udziału katolików w życiu politycznym na partie nie kładące nacisku na klerykalizm, ale realizację wartości bezpośrednio wynikających ze społecznych działań katolickich organizacji, siłą rzeczy więc, zakorzenione w strukturach społecznych.    

Szansa, jaką aktualny kryzys niesie, to właśnie większy udział świeckich, to okazja by zintensyfikować obecność katolickiej narracji w przestrzeni publicznej. Trudno byłoby znaleźć ludzi, których porywa charyzma „pochylających się z troską” i „z niepokojem odnotowujących” biskupów, nawet wśród wiernych. Jednak rozmiar agresji wymierzonej we wspólnotę Kościoła paradoksalnie ją wzmocnił.

Fakt, że liderka tzw. „strajku kobiet” wzywała do ataków na kościoły i wiernych, wpłynął na zmniejszenie populacji „letnich katolików”. Zauważalna radykalizacja wiernych może zostać z pożytkiem dla Kościoła zagospodarowana. W wypadku bezpośredniego zagrożenia dla swojej egzystencji w przestrzeni publicznej, należy upatrywać wyjścia nie w miłych uściskach i uroczych gestach z politykami partii rządzącej, a w budowaniu silnej i świadomej struktury instytucjonalnej z dużym udziałem świeckich. Niech więc doświadczenia ostatnich miesięcy będą dla nas pobudką, a nie powodem do lęku. Warto w tym zamęcie szukać planu Bożego, nie diabelskiego spisku.

fot. pixabay.com

Benedykt Więcek
Benedykt Więcek
Mąż i ojciec, zainteresowany historią kościoła oraz filozofią.

2 KOMENTARZE

  1. Bardzo cieszę się, że środowisko dostrzega problem. Wymienione zostały błędy kościoła w dziedzinie katechezy i zbytnich związków z polityką. Niestety pominięto statystyki obrazujące efekty tych błędów: największa na całym świecie przepaść pomiędzy religijnością starszego i młodszego pokolenia, realna liczba obrońców kościoła w stosunku do liczby osób wierzących, spadek liczby powołań do praktycznego zera itd. Biorąc pod uwagę te dane, strukturę społeczną i perspektywy na przyszłość trzeba jasno sobie powiedzieć, albo środowisko prawicy skieruje przekaz oparty na wartościach chrześcijańskich ale przetłumaczonych na język zrozumiały dla ateistów albo zniknie. Wbrew pozorom takie tłumaczenie nie jest trudne, praktycznie wszystko jest po prostu czymś korzystnym dla społeczeństwa. Ale opieranie się na niezrozumiałych dla niewierzących argumentach, sprowadzi nas do garstki kilkudziesięciu tysięcy ludzi pozbawionych jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość.

  2. Współczesna teologia jest ścisłe związana z polityką, nie wiem czego pożąda jedna czy druga strona, ale wzajemnie się uzupełniają w kwestii zdążania do niebios i wysokości, jakby te dwie kategorie miały zapewnić dobrobyt na ziemi na zamówienie, prośby czy modlitwy. Ja w swoim buncie przeciw przeciw radykalnej religii poszłam w pytania do kosmosu. I wyszło na to, że ziemskie władze dyktują warunki kosmosowi i uważają, że są władzą nad wszechświatem. Katastrofa filozoficzna i niezrozumienie zasad funkcjonowania tego co powyżej nas. A ja pisząc tych parę zdań, boję się co mnie spotka w odwecie czy w ramach zemsty za odwagę, że przeciwstawiam się patriarchowi sprzed tysięcy lat.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here