Liberalizm czy narodowy solidaryzm? Narodowcy muszą się zdecydować

Słuchaj tekstu na youtube

Dyskusja Bosak-Zandberg sprzed dwóch miesięcy odbiła się głośnym echem – jako „debata ekstremów”, starcie dwóch zupełnie przeciwstawnych wizji Polski. Być może należałoby ją traktować bardziej jako symbol sytuacji samego Ruchu Narodowego – jak chcą niektórzy, stojącego w obliczu wyboru: powielać w kwestiach społeczno-ekonomicznych narrację Nowej Nadziei Mentzena czy formułować wspólnotowy, a więc daleko od tej pierwszej odbiegający, przekaz ideowo-polityczny.

Nie będzie tekst ten komentarzem do debaty, od której minęło już kilka tygodni i na której temat padło już wiele słów. Potraktujmy ją raczej jako punkt wyjścia do ogólnej diagnozy sytuacji. Zarówno więc Krzysztof Bosak, jak i Adrian Zandberg uchodzą za liderów formacji kontestujących obecny duopol PiS-u i PO. Chociaż panów dzieli światopoglądowa przepaść, nie sposób nie zauważyć, że zarówno partia Razem, jak i wchodzący w skład Konfederacji Ruch Narodowy będą walczyły o rząd dusz w młodym pokoleniu – co najlepiej obrazują sondaże poparcia najmłodszych wyborców. Debata, która odbyła się miesiąc temu na Forum w Krynicy, zapowiadała się jako jeden z najciekawszych paneli, a dla wielu okazała się rozczarowaniem. I nie bez powodu.

Show musi się skończyć

Być może część widzów spodziewała się fajerwerków albo przynajmniej liczyła na pokaz gwiazdorskiego stylu Krzysztofa Stanowskiego, prowadzącego debaty. Żadna z tych rzeczy nie miała miejsca, a sam dziennikarz Kanału Zero teoretycznie ograniczył się do roli czasomierza i beznamiętnego moderatora, w praktyce zaś przekierował dyskusję na określone tory. Nie było więc na przykład drażliwych tematów obyczajowych. Zamiast tego widz mógł zobaczyć konfrontację pomiędzy liderami Razem i RN w kwestiach służby zdrowia oraz mieszkalnictwa.

Być może sam fakt, że debata dotyczyła dokładnie tych zagadnień, powinien napawać optymizmem wszystkich, którym na sercu leży rozwój kraju; jak by na to nie patrzeć, przeciętnemu obywatelowi dużo bliższe będą sprawy bezpieczeństwa niż kolejne starcie słowne na temat aborcji czy LGBT. Jednocześnie należy zauważyć, że prawica – niezależnie, czy spod znaku PiS-u, czy Konfederacji – nie ma i nie będzie miała w sprawie mieszkalnictwa oraz służby zdrowia poglądów tak wyrazistych jak Razem, które wywodzi się między innymi z ruchów miejskich. W przypadku PiS-u jest to kwestia innych szyldów: oczywiście, możemy mówić, że Prawo i Sprawiedliwość (tak jak każdy inny rząd) realizowało swoje, lepsze i gorsze, pomysły rozwiązania problemów opieki zdrowotnej oraz polityki mieszkaniowej, ale nigdy te tematy nie wysunęły się na pierwszy plan.

Ruch Narodowy znajduje się w trudnej sytuacji, zważywszy na jego koalicję z leseferystyczną Nową Nadzieją, której przekaz w dużej mierze opiera się na efektownych performance’ach w stylu złotego Morawieckiego czy na sukcesie „piwa z Mentzenem”. Funkcjonowanie w ramach Konfederacji wymaga ustępstw, ale też przyczynia się do gromadzenia różnorodnego elektoratu. I przecież znajdzie się tu wielu, którzy woleliby, żeby to show się skończyło, oczekują bowiem innego obrazu prawicy.

Pokłosie ustępstw

Każda partia w warunkach demokracji liberalnej będzie w mniejszym lub większym stopniu zakładnikiem systemu wyborczego; w przypadku Polski kluczowe jest samo w sobie przekroczenie progu wyborczego, wynoszącego 5% głosów. Idee wśród partii antysystemowych (do tej roli poczuwają się zarówno Konfederacja, jak i Razem, idące pod szyldem Inna polityka jest możliwa) siłą rzeczy będą musiały sprostać wymaganiom elektoratu – wszak truizmem jest, że zarówno prawicowy, jak i lewicowy elektorat oczekuje przechylenia się status quo na swoją stronę. Jednocześnie należy zaznaczyć, że obie partie podczas minionych wyborów musiały w swoim idealizmie pójść na pewne ustępstwa, co wynikało nie tylko z dostosowania retoryki do wyborców, lecz również z postawy koalicjantów. O ile Razem było wówczas w pozycji w pewien sposób uprzywilejowanej (wszak nastroje w społeczeństwie przechylały się w stronę liberalną, a koalicjanci podzielali z partią poglądy obyczajowe), o tyle Ruch Narodowy musiał godzić się na kompromisy z konserwatywnymi liberałami, co w oczywisty sposób tworzyło pewne sprzeczności w retoryce Konfederacji.

Pewne przechylenie w stronę koalicjantów mogliśmy zaobserwować już podczas kampanii prezydenckiej Krzysztofa Bosaka w 2020 roku. Wówczas, jako kandydat wybrany w prawyborach Konfederacji, musiał on podkreślać wolnorynkowy profil ruchu, aby zadowolić elektorat liberalny ówczesnej partii KORWiN. Tego typu ustępstwa wobec leseferystycznej retoryki Sławomira Mentzena, prawiącego wówczas o likwidacji „PiS, PO, PSL, SLD, ZUS, VAT i PZPN”, mogą jawić się z perspektywy Ruchu Narodowego jako zło konieczne jedynie w dwóch momentach: w latach 2020 i 2023. W wyborach do Parlamentu Europejskiego (2024) pierwsze skrzypce grała już antyimigracyjna i suwerennościowa linia Ruchu Narodowego – jak widać, skutecznie, gdyż wynik wyborczy okazał się dużo lepszy od prognoz. A mimo wszystko wydaje się, że dziś Ruch Narodowy brnie w tę retorykę co postkorwiniści, opartą na gospodarczym liberalizmie – i właśnie to mogliśmy zaobserwować podczas debaty z Adrianem Zandbergiem w Krynicy.

La foule

Pisząc o nastrojach społecznych, możemy przypomnieć sobie Édith Piaf śpiewającą jeden z jej najbardziej znanych utworów, La foule. Słysząc: Et traînée par la foule qui s’élance Et qui danse une folle farandol („I miotany przez tłum, który się rozpędza i tańczy szaloną farandolę”), narodowcy mogą poczuć, że również są w pewien sposób miotani przez tłum, który pędzi i pogrąża się w pewnym nieskoordynowanym tańcu. Nie trzeba być politologiem, by dostrzec zmiany nastrojów społecznych w ostatniej dekadzie. Narodowcy zyskiwali poparcie, gdy demokracja liberalna i elity Unii Europejskiej zawodziły – w czasie pierwszych rządów Tuska tworzyli Marsz Niepodległości, a w czasie kryzysu migracyjnego stali twardo po stronie społeczeństwa monoetniczego. Tracili je zaś, gdy przychodziło im odpowiadać za błędy, winy i niedociągnięcia innych prawicowych partii u władzy. Po tzw. aferze wizowej liberalne media o hipokryzję oskarżyły wszystkich przeciwników nielegalnej emigracji (niedźwiedzią przysługę swojej partii oddał Sławomir Mentzen, opowiadający o pracowitych Hindusach w Polsce), a obrona katolickich i patriotycznych wartości przez polityków RN-u mimochodem bywała łączona z wizjami PiS-u. W 2020 roku w obronie kościołów stali i nacjonaliści, i kluby „Gazety Polskiej”, dobrego imienia straży granicznej strzegł cały wachlarz partii i stowarzyszeń patriotycznych, a w 2023 roku stracili wszyscy. Czy dało się tego uniknąć? Nie, ale w momencie, w którym wahadło po raz kolejny odbija w prawo, Ruch Narodowy musi jednocześnie nie zatracić ideałów, nie odciąć się od wyborców i odróżniać się od Prawa i Sprawiedliwości.

Bardzo dobrze ta strategia sprawdziła się we wspomnianych już wyborach do Parlamentu Europejskiego. Kiedy cofniemy się o półtora roku, zobaczymy serię kompromitacji koalicji rządzącej. Przypomnijmy sobie, że na trzy miesiące przed wyborami z rąk imigranta szturmującego granicę zginął na służbie dwudziestojednoletni sierżant Mateusz Sitek, a na jaw wychodziły głębokie zaniedbania w polskiej armii spowodowane wytycznymi ówczesnego prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, Adama Bodnara. W mniej więcej tym samym czasie odbywały się strajki rolników przeciwko europejskiemu Zielonemu Ładowi (do których dołączyli się przewoźnicy i wszyscy wściekli na import ukraińskiego zboża złej jakości do Polski), a i powoli do mainstreamu przechodziły kwestie zagrożeń spowodowanych przyjęciem umowy Mercosur. Na protestach tych pojawiali się przyszli eurodeputowani Ruchu Narodowego, Tomasz Buczek startujący z Podkarpacia i Anna Bryłka z Wielkopolski (zaangażowana również w inicjatywy nagłaśniające nieścisłości w prawie UE oraz zagrożenie eurofederalizmem).

Ostatecznie bazująca na hasłach tożsamościowych, a nie stricte liberalnych, Konfederacja zdobyła w eurowyborach 12,08% głosów i wprowadziła sześciu europosłów do PE, w tym wyżej wymienionych dwóch członków Ruchu Narodowego. I pomijając frazesy o trzeciej sile w polityce oraz wywracaniu mebli– odniosła w pełni zasłużony sukces. Sukces, którego bez elementu łączności z narodem, bliskości z wyborcami by nie było. Słowem – bez tych elementów, których zabrakło w Krynicy.

Narodowiec potrafi

Środowisko narodowe potrafi zorganizować największą manifestację patriotyczną w Europie, jaką jest Marsz Niepodległości. Potrafi uwypuklić w debacie publicznej konkretne kwestie, co widzieliśmy na przykładzie problemu masowej imigracji, przeciwko której manifestacje odbywały się w wielu polskich miastach i miasteczkach. To, czego brakuje środowisku narodowemu, to nieustanne uwypuklanie demokratycznego, społecznego aspektu tych wydarzeń. W krynickiej debacie zabrakło podkreślenia samej w sobie woli narodu; Krzysztof Bosak powinien był ukazać, co Polacy odczuwają w związku z masową imigracją zarobkową, powołując się na dane dotyczące masowych zwolnień rodzimych pracowników (które mają miejsce zwłaszcza w średnich ośrodkach), na fakt, że inicjatywa Patroli Obywatelskich wyszła od samych w sobie zaniepokojonych obywateli i na poparcie rodaków dla walki z patologiami masowej imigracji (co widzieliśmy podczas protestów w liczącym niecałe sześć tysięcy mieszkańców mieście Nowe, gdzie kilka dni przed manifestacją doszło do zabójstwa dokonanego rękami Kolumbijczyka sprowadzonego przez agencję pracy).

Adrian Zandberg – czy to podczas debaty w Krynicy, czy też w innych debatach oraz wywiadach podkreśla prospołeczny charakter swojego ugrupowania. W podobne tony musi uderzać środowisko narodowe, mając na uwadze samą treść ideową nacjonalizmu, jako nurtu stawiającego na pierwszym miejscu dobro narodu.

Przymiotnik „narodowy” nie jest już tak bardzo jak niegdyś kontrowersyjny, miejmy więc też na uwadze, że to słowo do czegoś zobowiązuje: nacjonalizm prezentowany przez ugrupowania polityczne nie może opierać się jedynie na programie dotyczącym sfery obyczajowej i wspomnieniach o szczelności granic. Kwestia stosunku do liberalizmu wydaje się tu paląca.

Woda królewska liberalizmu

Marcin Giełzak nazywa liberalizm wodą królewską polityki, która rozpuszcza każdy dodany do niej człon: i konserwatyzm, i nurty lewicowe. Koalicja z (konserwatywno-)liberalną Nową Nadzieją wymogła na Ruchu Narodowym ustępstwa w 2020 roku, ale można odnieść wrażenie, że przyczyniła się do pewnego rozmycia przekazu narodowego. Można oczywiście na różnych przykładach dowodzić, że nie stało się tak w pełni, ktoś może próbować dowodzić, że w ogóle to nieprawda (choć to zadanie raczej karkołomne) – skądś się jednak tego typu głosy biorą i kierownictwo partii nie powinno ich zupełnie bagatelizować. Trudno zresztą być na nie głuchym, jeśli słyszy się wypowiedzi takie jak te, które padły w Krynicy.

Z bólem należy przyznać, że słowa lidera RN w kwestii mieszkalnictwa brzmiały po prostu liberalnie, czego pewnie nie zmieniają jasne strony jego retoryki, włącznie z przytykiem w stronę Adriana Zandberga odnośnie do niewykorzystywania wpływu Razem na politykę miasta stołecznego. Mogły one po prostu zawieść młodego wyborcę – liczba tzw. gniazdowników, czyli osób stanu wolnego między 25 a 34 rokiem życia mieszkających z rodzicami, wyniosła w 2024 roku 1,7 miliona ludzi, co przekłada się na 33% młodych w tej grupie wiekowej. Jak podaje CBOS, 51% ankietowanych gniazdowników na pytanie o przyczynę tego stanu rzeczy podała brak własnego mieszkania, a 39% podkreśliła niezdolność finansową do wyprowadzki (dane z 28.10.2025). Te dane przekładają się na niechęć wobec zakładania rodziny, co w dobie kryzysu demograficznego stanowi poważny problem. Przekładają się również na zadowolenie z życia, a nawet na kwestie emigracji.

Teza Krzysztofa Bosaka o mikrokawalerkach jako rozwiązaniu dla urzędników była na tym samym poziomie wybiórczości co wypowiedź Adriana Zandberga o prześladowanych chrześcijanach i dysydentach znajdujących się wśród mas imigrantów – brzmiała jak próba uniknięcia niewygodnego tematu za pomocą ucieczki do wygodnego przykładu.

Przeciętny słuchacz debaty zauważy, że Ruch Narodowy poza odmitologizowaniem powtarzanego jak w katarynce frazesu o wiedeńskim mieszkalnictwie nie ma sprecyzowanego planu rozwiązania kwestii mieszkalnictwa. To trochę tak jak z Razem, które nie ma sensownego pomysłu w sprawie masowej migracji, w związku z czym chętnie zasłania się sprowadzaniem jej do tematów pobocznych, mało istotnych.

Nie rynkiem, ale z narodem

Co więc powinien zrobić Ruch Narodowy? Co powinna zrobić Konfederacja? Żaden konsekwentny patriota nie traktuje spraw ekonomicznych w kategoriach aksjomatów. O ile zdaję sobie sprawę z tego, że pełen sprzeciw wobec podatku katastralnego – skądinąd niezbyt popularny w środowisku narodowym – w wykonaniu Ruchu Narodowego nie zmieni się w kilka dni, o tyle partia ta, chcąc reprezentować interesy narodu oraz zdobyć wyborców wśród młodych ludzi, powinna generalnie przemyśleć korektę swojej retoryki w kierunku bardziej solidarystycznym, lokalistycznym. Największym, chociaż niestety nie w pełni wyłożonym, atutem wypowiedzi Krzysztofa Bosaka było wspomnienie deglomeracji, która może przełożyć się realnie na poparcie dla ugrupowań narodowych i prawicowych. Widzieliśmy to w praktyce: w wyborach do parlamentu w 2023 roku Konfederacja skupiła się na organizacji piw z Mentzenem w większych ośrodkach, zdobywając wynik niższy od oczekiwań; w wyborach prezydenckich dwa lata później, kiedy Mentzen odwiedzał każdy powiat w Polsce, zdobył prawie dwadzieścia procent głosów – na spotkania w każdym mieście, nawet tak małym jak Grybów czy Gorlice, przychodziły setki osób.

Nie twierdzę oczywiście, że „prawicowym” rozwiązaniem każdego problemu miałoby być nakładanie kolejnych regulacji; zresztą słusznie Krzysztof Bosak podkreślał w debacie, że podatki służą głównie do realizacji konkretnych inwestycji. Ale w dobie młodych zbierających podpisy pod projektem ustawy TakDlaCPK, protestujących przeciwko obcinaniu połączeń kolejowych czy załamanych wzrostem cen mieszkań bezkrytyczne niemal podejście do wolnego rynku po prostu się nie sprawdza.

A debata trwa

Wspomniana w tekście debata podczas Forum w Krynicy nie stanowiła ani triumfu, ani klęski lidera RN, ale być może odsłoniła piętę achillesową samej jego partii. Nie był z pewnością to najlepszy występ Krzysztofa Bosaka – przecież jednego z najsprawniejszych medialnie polityków – choć pewnie nie należałoby dramatyzować. Wystąpienie byłoby zapewne znacznie lepsze, gdyby inaczej wyglądał dobór tematów – ale przecież każdy polityk powinien się liczyć z trudnymi pytaniami. Twórcy programów gospodarczych muszą projektować je tak, by nie były odrealnione. O tym czy innym wystąpieniu można zapomnieć, lecz przecież nie o samym zagadnieniu. Jeśli Ruch Narodowy definiuje się jako partia stojąca na straży interesów (także ekonomicznych) ogółu członków naszej wspólnoty – a więc partia hołdująca idei solidaryzmu narodowego – musi liczyć się z ewentualną krytyką strony liberalnej. Z perspektywy sympatyka idei narodowej – czy nawet po prostu zwolennika wspólnotowej, patriotycznej prawicy – trudno rozpatrywać tę sprawę inaczej, niż wyrażając oczekiwanie aktywnego formułowania propozycji stojących nieraz w kontrze do tego, co zaproponują partnerzy RN z partii Mentzena. Koalicje, pakty, porozumienia partyjne nie są wieczne, wspólnota narodowa – jest. 




Hanna Szymerska

Publicystka zainteresowana obszarem Europy Karpackiej i obszarem postradzieckim. Analizuje i komentuje realia tego regionu, zwłaszcza Węgier.

Czytaj więcej artykułów tego autora

Czytaj również