Czy wrogowie „kultury gwałtu” gwałcą?

16 min.

Kilka tygodni temu doktorant Uniwersytetu Warszawskiego i były publicysta oko.press Marcin K. został oskarżony o gwałt na 20-letniej studentce. To już kolejna sytuacja, w której przedstawiciele środowisk lewicowych oskarżają osoby z własnego grona o przestępstwa seksualne. Podobne zarzuty padają też pod adresem salonowych celebrytów (Kamil Durczok) czy postępowych artystów (reżyser teatralny Paweł Passini). Niedawno była członek kierownictwa partii Razem oskarżała działaczy o przemoc seksualną i jej tuszowanie.

Wspomóż nas

Jesteśmy zespołem publicystów, którym na sercu leży dobro i rozwój Polski. Wierzmy, że idee mają znaczenie. Pomóż nam budować Nowy Ład.

Antyfaszyści czyszczą swoje szeregi

Sprawę Marcina Kozaka ujawnił na Facebooku Studencki Komitet Antyfaszystowski, działający nieformalnie na Uniwersytecie Warszawskim, podając zresztą pełne dane osobowe. Oskarżająca doktoranta o gwałt studentka wypowiedziała się też dla „Gazety Wyborczej”, opowiadając o tej znajomości ze szczegółami. „Koleżanki ostrzegały mnie przed nim. Wszyscy mówili, że wykorzystuje młode studentki, częstuje narkotykami, a w zamian liczy na seks. Nikogo tam nie znałam, byłam kompletnie sama. On niemal codziennie próbował ze mną rozmawiać, proponował narkotyki, ale odmawiałam i traktowałam go chłodno. (…) Ocknęłam się na łóżku w jego pokoju. Byłam zupełnie naga, moje ciuchy leżały porozrzucane wokół. Znów odpłynęłam, ale świadomość wracała co kilka minut. Gwałcił mnie do rana, aż jego współlokator zaczął dobijać się do drzwi. Wtedy kazał mi się szybko ubrać, zaprowadził mnie do mojego pokoju, wepchnął do łazienki i zrobił to jeszcze raz. Nie miałam siły walczyć”. Następnego dnia studentka miała pójść do Kozaka, by wyjaśnić sytuację. „Próbowałam z nim rozmawiać, on zaczął mnie dotykać. Powiedziałam, że nie przyszłam tu, by uprawiać z nim seks, ale nie byłam w stanie uciec. Znów mnie wykorzystał”. Kozak twierdzi, że studentka zgodziła się na stosunek, do którego doszło po imprezie podczas studenckiego wyjazdu integracyjnego. Sprawą zajęła się prokuratura.

Kilka dni temu Kozak wydał oświadczenie, w którym zdecydowanie odpiera zarzuty SKA. „Napisano dokładnie to: Marcin Kozak, doktorant na Wydziale »Artes Liberales« Uniwersytetu Warszawskiego, jest gwałcicielem. Wrzucano moje zdjęcia. Rozpoczęła się burza. Nikt nie pytał, czy to prawda. Mediami (w tym społecznościowymi) rządzą emocje i logika skandalu. Wiarygodność nie ma znaczenia. W ciągu godziny stałem się bestią, którą każdy może opluć. Człowieka w sieci tak łatwo się oskarża, jak klika się komentarze. Człowieka w sieci można zniszczyć jednym postem. Wyrok na podstawie anonimowego oskarżenia nieformalnej organizacji zapadł w sieci. Trybunał Facebooka orzekł na podstawie prawa Internetu: jest winny. Czytałem: »Skurwysyn. Wykastrować. Gdzie podjechać śmieciarką. Zabić. Do celi. Jebać gnoja«”.

Dalej Kozak pisze:

„Studencki Komitet Antyfaszystowski to grupa karierowiczów cyklicznie promujących się na fałszywych oskarżeniach i skandalach. Historia jest kłamstwem napisanym pod liczbę kliknięć. Nie potrafią w mediach uzgodnić nawet liczby gwałtów. Każda ich relacja opisuje wydarzenia inaczej”.

W obszernym oświadczeniu Kozak zamieścił wiele zrzutów ekranu pokazujących rozmowy między nim a oskarżającą go dziewczyną. Oboje zupełnie normalnie rozmawiają po kolejnych rzekomych gwałtach połączonych z biciem i duszeniem. Mają też wspólne uśmiechnięte zdjęcia. Dziewczyna sama go zagaduje i pisze, że „będzie tęsknić”.

Dowiadujemy się też, że dziewczyna nie jest przypadkową studentką, która zgłosiła się do „antyfaszystów”, ale obecną partnerką nieformalnego lidera Komitetu. Dziewczyna „aktywnie uczestniczy w wewnętrznej konwersacji (zwanej Politbiurem) koordynującej strategię ataków”. Nikogo zresztą nie zaskakuje chyba, że „antyfaszyści” inspirują się w swoim nazewnictwie Związkiem Radzieckim. Obóz na którym miało dojść do gwałtu miał miejsce w Poroninie – miejscowości kojarzonej z Leninem, który w niej kiedyś mieszkał. Dziewczyna przedstawiająca się jako ofiara Kozaka jest zaangażowaną lewicową aktywistką uczestniczących w kolejnych akcjach takich jak wieszanie flag LGBT na kampusie UW czy tzw. strajk kobiet. Kozak zrekonstruował całość feralnego wieczoru w Poroninie, pokazując, że wypowiedzi jego rzekomej ofiary są wewnętrznie sprzeczne i zwyczajnie mijają się z prawdą.

W 2018 ten sam Studencki Komitet Antyfaszystowski na UW w głośny sposób wyrzucił ze swojego grona Wojciecha Łobodzińskiego, studenta filozofii, który miał dopuszczać się przemocy seksualnej wobec aktywistek Komitetu. W długim artykule Mai Staśko zarzuty wobec Łobodzińskiego sprowadzają się jednak do wulgarnych odzywek i proponowania kobietom seksu. Zacytujmy charakterystyczny fragment: „Gdy rozmawiam z Natalią Rojek, Julią Miniszewską, Martyną i Julią Minasiewicz, przerzucają się przykładami seksistowskich zachowań Łobodzińskiego. »Tobie też?«. »Pamiętam, to było obrzydliwe«. »Nie przypominam sobie, żeby o jakiejkolwiek kobiecie wyraził się z pełnym szacunkiem«. »Traktował kobiety jak przedmiot i obiekt seksualny«. Opowiadają, jak proponował seks, nie zważając na wyraźny dyskomfort kobiet. »Jak będziesz chciała się pieprzyć w jakimś muzeum, to zadzwoń do mnie« – powiedział do Martyny podczas obiadu, tuż po rozmowie o jego partnerce, a jej przyjaciółce. Po jej sprzeciwie uspokajał ją, że przecież to tylko żart. Potem był zdziwiony, że nie chciała z nim rozmawiać i prosił, żeby została jego przyjaciółką”. Była partnerka Łobodzińskiego mówi w tym samym artykule: „Jeśli trzeba było o czymś poważnie porozmawiać, wolał wywołać u mnie złe emocje, np. mówiąc o innych lewicowych działaczkach: »gdy przemawiała na demo, wszystkim stały pały, ale czuję się jak Lepper, bo ma 16 lat«. Mówił o kobietach w okropny sposób. Dyskredytował mnie, je. Nachalnie namawiał do seksu inne dziewczyny z redakcji, do seksu z nami obojgiem, w mojej obecności. Niejednokrotnie”.

Wszystko to jest oczywiście obrzydliwe i godne zdecydowanego potępienia, ale nie ma mowy o gwałcie. Łobodziński od początku twierdził, że jest pomawiany, a jemu samemu nie zapewniono prawa do obrony. Niedługo po tym, jak został publicznie napiętnowany przez dawnych towarzyszy antyfaszystowskiej walki i wyrzucony z organizacji, Łobodziński miał zostać pobity. Według jego relacji miał go zaatakować „neonazista” ze środowiska „Szturmowców”, który przed pobiciem nazwał Łobodzińskiego „gwałcicielem”. Straż Uniwersytecka UW opisała, że mężczyźni zostali rozdzieleni podczas kłótni, a następnie zaproponowano im opuszczenie terenu uczelni innymi drzwiami – obaj chcieli jednak wyjść razem, a do bójki doszło już poza UW. Część środowiska „antyfaszystowskiego” zorganizowała pikiety solidarnościowe z Łobodzińskim. Sprawa wyraźnie dzieliła – w oświadczeniu Studencki Komitet Antyfaszystowski Uniwersytetu Gdańskiego napisał: „Nie uważamy Wojciecha Łobodzińskiego za jednego z nas. Nie można być antyfaszystą, wspierając jednocześnie patriarchalną kulturę gwałtu, nie można walczyć z uciskiem, samemu uciskając osoby mniej uprzywilejowane. Wojciech swoimi czynami sam wykluczył się ze środowiska i mając na uwadze dobro jego ofiar, nie zamierzamy traktować go w jakikolwiek sposób ulgowo tylko dlatego, że sam uważa się za jednego z nas”. Łobodziński skarżył się oko.press: „Jest mi szczególnie przykro, że bazując na pomówieniach, niektóre osoby ze środowiska lewicowego wyrażają w mediach społecznościowych radość z faktu, że zostałem pobity”. „Przemocy seksualnej” miał się według jednej z kobiet dopuszczać wcześniej także inny działacz antyfaszystowski, Damian Polak.


CZYTAJ TAKŻE: Rewolucja znów pożera własne dzieci

Przemoc seksualna na uczelniach i wśród dziennikarzy?

W 2013 o gwałt i gwałt zbiorowy na studentkach został oskarżony Piotr Żuk, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, socjolog, działacz anarchistyczny, antyfaszystowski i antyklerykalny, radny SLD, felietonista „Przeglądu”. Żuk został jednak po kilku latach prawomocnie uniewinniony. Okazało się, że został pomówiony przez kobietę, która równolegle utrzymywała kontakty seksualne z Żukiem i innym mężczyzną, a ten drugi znalazł na jej komputerze zdjęcia erotyczne i korespondencję. Cztery inne kobiety, z którymi Żuk spotykał się za pośrednictwem portali randkowych, miały zaś po fakcie „dojść do wniosku”, że zostały zgwałcone. Żuk został uznany za winnego zarzutów korupcyjnych – oczekiwania od studentek spotkań prywatnych w zamian za wyższą ocenę lub zaliczenie przedmiotu. Sąd uznał jednak, że nie były to spotkania o charakterze seksualnym.

W 2017 głośny był z kolei list pięciu kobiet „Papierowi feminiści”, w którym dziennikarze „Krytyki Politycznej” Jakub Dymek i „Gazety Wyborczej” Michał Wybieralski zostali oskarżeni o mobbing i molestowanie seksualne. Wybieralski przeprosił i odszedł z „Wyborczej”. Dymek, który został dodatkowo oskarżony o gwałt, od początku zaprzeczał oskarżeniom i po ponad roku śledztwa został oczyszczony z zarzutu. Jego autorka go przeprosiła.

Dymek twierdził później, że był szantażowany jeszcze przed publikacją tekstu, a po oskarżeniu o gwałt znalazł się w trudnej sytuacji – kolejni ludzie i instytucje zrywały z nim współpracę, nie miał jak zarabiać, był poddany środowiskowemu ostracyzmowi i publicznie piętnowany. Jak twierdzi, również przez ludzi, którzy „robili to samo” – np. rzucali tekstami o charakterze seksualnym na imprezach – a teraz prezentowali się jako oburzeni obrońcy kobiet.

W zeszłym roku głośnym echem odbiły się z kolei wpisy twitterowe Agnieszki Herrmann, byłej członek Rady Krajowej Partii Razem. Odradzała ona wstępowanie do ugrupowania – „bagno, z samych władz krajowych osoby poszły na leczenie psychiatryczne i były próby samobójcze, nie wyjaśniane i zamiatane przypadki przemocy seksualnej”. Rzecznik Razem twierdziła, że Herrmann nie zgłaszała takich sytuacji, gdy była w Razem. Eks-działaczka odpowiedziała, że owszem, zgłaszała, ale jej zawiadomienia „ginęły”. Kilka miesięcy później Herrmann wrzuciła też na Twittera zrzut ekranu wpisu na temat próby gwałtu na działaczce młodzieżówki Razem ze strony członka jej (młodzieżówki) kierownictwa. Ofiara miała następnie być wyrzucona z organizacji. Wpis kończył się słowami „Oczywiście o całej sprawie dowiedzieli się posłowie partii Razem którzy skwitowali to słowami takimi jak »nie będę niszczył życia chłopakowi« oraz »spokojnie, na szczęście ta sprawa nie zaszkodzi lewicy«. Młodzi Razem to grupa kierowana przez przemocowych psychopatów używających manipulacji na ogromną skalę. Ale to długo jeszcze nie potrwa, ich koniec jest nieunikniony”.

Herrmann skomentowała wpis: „Kolejna sprawa dot przemocy seksualnej w Razem. Wystarczy mieć dostęp do partyjnego forum, by wiedzieć, że to nie 1, 2 czy 3 raz. »Feministki« są przeciw przemocy, chyba, że to kolega. Albo coś tam. No i realna »władza« w Sejmie, lewica!! Reszta milczy. Dlaczego imo, do zaorania”.

CZYTAJ TAKŻE: Nowa lewica – spór o politykę tożsamości i nie tylko

Jak to wszystko wytłumaczyć?

Charakterystyczne, że artykuł Staśko na temat Łobodzińskiego – jeszcze sprzed jego pobicia – napisany jest w tonie wyraźnie ubolewającym właśnie nad nadmiernym litowaniem się nad rzekomym sprawcą kosztem rzekomej ofiary. „#MeToo w Polsce się nie skończyło. I nie skończy, choć »specjaliści« od prawa karnego, domniemania niewinności i linczu z całych sił próbują uciszyć kobiety”. W podsumowaniu Staśko pisze zaś: „Fetyszyści przemocy chcieliby tu prostej historii: bił, gwałcił, mordował. Wtedy mamy przemoc, możemy ukarać typa, wszystko wraca do ładu. Albo ujawnić środowisko, gdzie istniało przyzwolenie na przemoc i odetchnąć z ulgą: to środowisko mizoginów. Ale to niczego nie rozwiązuje. Przemoc jest powszechna i niewidoczna, dzieje się codziennie – także w waszych organizacjach, miejscach pracy i środowiskach. To są »normalne« relacje, których doświadczają anonimowe działaczki, partnerki, pracownice, lokatorki, studentki, uczennice”. Ta sama Staśko opublikowała też kiedyś na Facebooku „Poetycką listę seksistów”, z rąk których ona i jej koleżanki doświadczały „dyskryminacji i przemocy” – z bardziej znanych nazwisk znalazł się na niej m. in. poeta, dziennikarz, wykładowca akademicki i aktywista antyfaszystowski Przemysław Witkowski.

Dlaczego wśród lewicowych i radykalnie lewicowych aktywistów pada tak wiele oskarżeń o przemoc seksualną? Wydaje się, że nakładają się tu na siebie co najmniej cztery zjawiska. Po pierwsze, klasyczny mechanizm pożerania własnych dzieci przez rewolucję. W negacji nie ma spełnienia, fantazje na temat „nowego, lepiej skonstruowanego świata” nigdy nie zostaną zaspokojone. Niekończąca się radykalizacja postulatów oznacza niekończące się, zrytualizowane oskarżenia towarzyszy o niewystarczający rewolucjonizm i równie zrytualizowany ostracyzm, odebranie praw normalnego członka społeczeństwa, dziś nazywane „cancel culture”. W wypadku walki z „kulturą gwałtu” o takie oskarżenia łatwo, ponieważ zasadniczym postulatem tego rodzaju ruchów rewolucyjnych jest rozmycie pojęć. Istnieje oczywista różnica między gwałtem a głupimi odzywkami o podtekście seksualnym. Rewolucjoniści i feministki nowych fal – jak zazwyczaj, entuzjaści społecznego konstruktywizmu – uważają jednak tego rodzaju rozróżnienia za zło, które należy przezwyciężyć. Wszelkie „postawy przemocowe” są bowiem ostatecznie tym samym zjawiskiem, które ma źródło w patriarchalnej kulturze. Staśko pisze: „Fetyszyści przemocy chcieliby tu prostej historii: bił, gwałcił, mordował. Wtedy mamy przemoc, możemy ukarać typa, wszystko wraca do ładu”. Przyznaje więc wprost, że oskarżany mężczyzna – antyfaszysta Łobodziński – nikogo nie zgwałcił. Nie ma go za co konkretnie ukarać zgodnie z polskim prawem – no i rzeczywiście Łobodziński nijak ukarany nie został. W tekście nie ma mowy o niczym oprócz mniej lub bardziej obleśnych propozycji seksu składanych przez niego kobietom. Znajdziemy za to długie opisy uczuć „ofiar” jego „przemocy”.

Ciśnie się na usta „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Tak jak bohater Moliera, kolejni „cancelowani” antyfaszyści sami często wcześniej akceptowali walkę z „kulturą gwałtu”, przedkładanie uczuć nad racjonalną argumentację i promowane podczas #MeToo hasło „BelieveAllWomen” („Wierzcie wszystkim kobietom”). Kobiety są bowiem domyślnie ofiarami mężczyzn. Jeśli „czują się zgwałcone” i np. rozpłaczą przed kamerami, nie ma mowy, by „sprawca” nie był winny. Z przywiązania do domniemania niewinności i prawa karnego należy drwić, tak jak robi to Staśko. Prawdziwą epidemię oskarżeń tego rodzaju mogliśmy zaobserwować w ostatnich latach w USA. Najgłośniejsza była chyba sprawa sędziego Kavanaugh, statecznego katolika, męża i ojca, najprawdopodobniej pomawianego przez kolejne kobiety, z których spora część później wycofała się z oskarżeń. Oczywiście tego rodzaju akcje cieszyły się poklaskiem mediów głównego nurtu – chyba, że pojawiały się oskarżenia pod adresem Billa Clintona czy Joe Bidena.

Po drugie, tego rodzaju rozmycie pojęć wynika wprost z rewolucji seksualnej. Przed opanowaniem chrześcijańskiego Zachodu przez destruktorów cywilizacji współżycie domyślnie miało miejsce między małżonkami. Oprócz tego mogło mieć jeszcze miejsce cudzołóstwo między dwojgiem ludzi, którzy nie chcieli lub nie mogli wziąć ślubu, oraz gwałt. Granice między tymi trzema zjawiskami były bardzo jednoznaczne.

Kobiet nie uczono przez wieki, że nie powinny oddawać się przed ślubem, żeby je prześladować. Robiono to dlatego, że to dla kobiety najlepszy sposób na to, żeby mieć pewność, że dany mężczyzna naprawdę będzie chciał się z nią trwale związać, zajmować nią i ewentualnymi dziećmi.

To jedna z najczęstszych rad, których starsze kobiety udzielały młodszym, mniej dojrzałym i doświadczonym. Skoro jednak zanegowano zasadę, że ludzie domyślnie starają się łączyć w stabilne pary, nie ma już czytelnych granic dopuszczalnych form współżycia. Zgodnie z naturalną moralnością byłoby czymś w oczywisty sposób złym, by Łobodziński proponował swojej dziewczynie i ich koleżankom seks grupowy. Powinien być lojalny wobec swojej partnerki, a nie na jej oczach starać się o kolejne kobiety. Skoro jednak wyzwoliliśmy się z przesądu, że należy tworzyć stabilne pary, to dlaczego nie? W końcu jedynym źródłem moralności jest dla konstruktywistów dobrowolna umowa obu stron. Zgodnie z definicją z angielskojęzycznej Wikipedii jedną z najważniejszych części „kultury gwałtu” jest „slut-shaming” – mówiąc najbardziej eufemistycznie, nazywanie rozwiązłości niemoralną. „Wyzwolone” kobiety są bowiem dumnymi „szmatami” uczestniczącymi w „marszach szmat”. Każdy, kto powie, że bycie prostytutką nie jest dobre albo skrytykuje rozwiązłą kobietę, która się „puszcza”, uczestniczy w „kulturze gwałtu”. Tak jak pisałem w jednym ze swoich poprzednich tekstów – współczesny feminizm nigdy nie umiał pozbyć się fascynacji „wyzwalającą” rozwiązłością, która w rzeczywistości prowadzi kobiety do autodestrukcji.

Akceptacja, afirmacja, a często i celebracja rozwiązłości w oczywisty sposób nieskończenie pomnaża sytuacje przypadkowego seksu. Kiedyś kobieta współżyła jedynie ze swoim mężem, ewentualnie ze swoim kochankiem czy kochankami. Z mężczyzną, z którym łączyło ją jakieś poważniejsze uczucie. Decyzja o pójściu z nim do łóżka była raczej przemyślana i zazwyczaj opierała się na przekonaniu, że dany mężczyzna chce z nią tworzyć trwałą relację, więc może czuć się stosunkowo bezpieczna. Takie instynkty są uwarunkowane biologicznie – kobieta ma wbudowany odruch unikania ryzyka zajścia w ciążę z mężczyzną, który może później porzucić ją i dziecko, ponieważ nie jest z nią związany emocjonalnie. Obecnie kobiety są jednak na masową skalę zachęcane, by współżyć z kim popadnie, jeśli tylko mają na to ochotę. Przy dziesiątkach partnerów, z którymi tak naprawdę kobietę niewiele łączy, a decyzja o danym stosunku jest mało przemyślana, prawdopodobieństwo żałowania po fakcie jest wielokrotnie większe niż przy stałym partnerze. Tym bardziej, że dla kobiety naturalnym, uwarunkowanym biologicznie odruchem jest oczekiwanie od mężczyzny, któremu się oddała, podtrzymywania więzi emocjonalnej – a przypadkowy partner bardzo często po prostu porzuca ją po zaspokojeniu się. Żałuję, tak naprawdę nie chciałam, w sumie to on na mnie naciskał, skrzywdził mnie, zmuszał mnie do robienia obrzydliwych rzeczy, a potem sobie poszedł – podstawy do czucia się wykorzystaną seksualnie są naprawdę duże. Jest zrozumiałe, że tego rodzaju zjawiska występują na szczególnie dużą skalę właśnie w środowiskach radykalnej lewicy, która bierze na sztandary przygodne współżycie i uleganie popędom.

Po trzecie – stawiający na rozwiązłość feminizm tworzy ogromne możliwości mężczyznom bez specjalnego kręgosłupa moralnego, którzy po prostu mają ochotę skorzystać z ciał atrakcyjnych znajomych. Można podejrzewać, że dla wielu mężczyzn zadeklarowanie się jako feminista czy działacz antyfaszystowski jest mniej lub bardziej uświadomionym sposobem na zyskanie dostępu do znacznej liczby atrakcyjnych kobiet. Taki mężczyzna ma na starcie wspólny temat i pretekst do przebywania z nimi. Przede wszystkim ma zaś na starcie wysokie prawdopodobieństwo, że te kobiety stosunkowo łatwo mu się oddadzą. W końcu są wyzwolone – a jeśli będą jednak miały wątpliwości, to można je zawsze przekonywać ideologiczną argumentacją („Co, nie chcesz się przespać, świętojebliwa jesteś?”). Skoro nie trzeba już pozostawiać z kobietą w jakimkolwiek związku emocjonalnym, by mieć dostęp do jej ciała, to czemu nie korzystać? To całkowicie zrozumiała reakcja z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej. Seks bez zobowiązań to wymarzona sytuacja dla bezwzględnie interesownego mężczyzny. Kobiety mają wbudowany odruch oczekiwania zaangażowania emocjonalnego, bo to one mogą zajść w ciążę i czują się komfortowo mając opiekę silniejszego fizycznie partnera.

Promując emancypację poprzez rozwiązłość, walkę ze slut-shamingiem i celebrowanie ulegania swoim popędom feministki rozbudzają w mężczyznach najgorsze, najbardziej patologiczne instynkty – a później stają się ich ofiarami. Często same starają się uczynić wszystko, by być postrzegane jako obiekty seksualne, do ciał których można mieć łatwy dostęp. Nikogo nie zaskoczy, że ta sama Maja Staśko, która walczy z prześladowaniem kobiet, walczy również o normalizację publikowania przez nie swoich nagich zdjęć w Internecie. Bo „nudesy nie uprzedmiatawiają”, tylko wyzwalają. W ten sposób rewolucjonizm dzielnie walczy z problemami, które sam stwarza.

Pomówienia o gwałt czy zrównywanie z nim znacznie mniej poważnych zachowań ma miejsce. Nie można też jednak pominąć faktu, że wiele z historii takich jak opisane w tym tekście naprawdę oznacza potworną przemoc mężczyzn w obrzydliwy sposób wykorzystujących kobiety. Źródłem tej przemocy w żaden sposób nie jest jednak tradycyjna rodzina czy małżeństwo – instytucje w naszej cywilizacji chroniące kobiety przed przemocą, nawet jeśli i w nich może czasem dojść do skrajnych patologii.

Na koniec warto jednak zwrócić uwagę także na czwarte zjawisko. Jego źródłem jest ten sam co i wyżej banalny – jak wiemy, zło często jest banalne – nihilizm. Chodzi o społeczną normalizację przemocy wobec kobiet podczas seksu, często będącej patologiczną formą odreagowania „obalenia patriarchatu” w przestrzeni publicznej, piętnowania „toksycznej męskości”. Podczas przemocowego seksu można przez chwilę „poczuć się mężczyzną” – a można domniemywać, że wielu feministów nierzadko czuje dyskomfort z powodu ciągłego piętnowania swojej „groźnej” męskości. W tym wypadku wynaturzonej, więc naprawdę groźnej – i dla kobiet i dla nich samych. Tego rodzaju wzorce przekazuje dziś milionom mężczyzn od wczesnej młodości pełna przemocy wobec kobiet pornografia – dzieło tej samej rewolucji seksualnej. To ostatnie zjawisko to poważny powód do niepokoju także dla prawicy, dotykanej zjawiskiem inceli, do którego wrócę w innym tekście.

Pamiętajmy tylko o jednym – to, że rozmaici „antyfaszyści” walczą między sobą lub się ośmieszają nie oznacza, że przestają być groźni. Ci ludzie są bardzo zdeterminowani, by zniszczyć nas i europejską cywilizację, a także zupełnie bezwzględni. Jeśli będziemy wobec nich bierni, po prostu to zrobią przy pomocy kolejnych „antyfaszystowskich” komitetów czy „politbiur”. Lewicowe ofiary „antyfaszystów” w zdecydowanej większości pozostaną zaś ideowo bliskie swoim oskarżycielom, nie przestając wierzyć w „kulturę gwałtu” i pokrewne postmodernistyczne opowieści o systemowym wyzysku dokonywanym przez złych mężczyzn i tradycyjne struktury społeczne. Rewolucyjna lewica już teraz dominuje na czołowych polskich uczelniach, stale wzmacniając swoją pozycję wśród zaangażowanych studentów i wśród kadry akademickiej. Reformy Gowina oraz bierność i samozadowolenie prawicy tylko jej to ułatwiają.

Fot. Facebook

Kacper Kita
Kacper Kita
Katolik, Krakus, obserwator polityki międzynarodowej i kultury. Sympatyk Fiodora Dostojewskiego i Richarda Nixona

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here